Górskie widoki Doliny i potoki Zalew soliński Ciekawe miejsca Fotografie 

gościnnie na stronie

 
O tym jak babie na stare (no…prawie stare) lata Bieszczady uderzyły do głowy.
 
            Jestem piechurem nizinnym. Lubię włóczyć się po lasach, łąkach, plaży (po sezonie), gonić za ptakami (interesuję się trochę ornitologią), ale wciąż czułam jakiś niedosyt.
Tęskniłam za czymś odległym, niedoścignionym, nieznanym. Dzisiaj już wiem, że „to coś” to są góry. I to góry jedyne w swoim rodzaju – Bieszczady.
            Byłam w Sudetach, Tarach, Górach Izerskich – to wszystko cudne, tajemnicze, zjawiskowe (Sudety ze swoimi skalnymi labiryntami, Tatry ogromne, monumentalne, piękne w swojej surowości, Góry Izerskie, ubogie – dziś krajobraz jak po bitwie po katastrofie ekologicznej – skaliste, bardzo tajemnicze w tej kamienisto - drzewiastej szacie (jak z filmów s. fiction). Bieszczady znałam tylko z opowiadań, filmów czy fotografii. Na długo przed tym nim je zobaczyłam podświadomie czułam, że coś mnie w nie ciągnie, Wiedziałam jedno, za wszelką cenę muszę tam pojechać. Pojechałam, zobaczyłam i … przepadłam. Pokochałam bezwarunkowo i na zawsze.
            W Bieszczady zabrał mnie mój syn ze swoją dziewczyną, który już wcześniej je odkrył  i nie wyobraża sobie piękniejszego miejsca. Tak się składa, że wszyscy z naszej gromadki (łącznie z naszym psem – czarną suką – dogiem niemieckim, która była z nami w Bieszczadach) lubimy spokój i wyciszenie płynące z kontaktów z naturą. Z ogromnym niepokojem i podnieceniem (jak dziecko przed pierwszą Gwiazdką) czekałam na spotkanie z Bieszczadami. Młodzi, którzy już od dwóch tygodni wędrowali od Łupkowa po Ustrzyki odebrali mnie z autobusu w Ustrzykach Dolnych. Stąd wyruszyliśmy do Wetliny, gdzie zakotwiczyliśmy się na dalszy pobyt. Nie zareklamuję mojego gospodarza, bo na to nie zasłużył. Za to spotkaliśmy naprawdę wielu życzliwych ludzi i teraz już wiemy, gdzie szukać schronienia w tej miejscowości.
            Znalazłam się nagle, w zupełnie innym, o ileż  lepszym świecie. Już jadąc z Ustrzyk do Wetliny miałam dziwne kłopoty z oddychaniem – to co widziałam potwierdziło, że mój wcześniejszy niepokój nie był bezpodstawny. Widoki jakie rozpościerały się przede mną zapierały dech. Ale to dopiero początek. Codziennie rano przed oczami miałam taki kojący widok: (istny kicz) na hali pod Jawornikiem pasły się owce. Słyszałam ich dzwonki, beczenie – to było jak z bajki. W końcu ruszyliśmy na szlak. Jawornik był pierwszy – tak uznali moi przewodnicy. Całe szczęście, bo upał był nieznośny a cały szlak ocieniał cudny las, więc jakoś wytrzymałam. No i oczywiście ja, pechowiec musiałam się natknąć na jedyną spotkaną w Bieszczadach żmiję. Na szczęście była tak miła, że ustąpiła nam drogi. Wprawdzie chodzę dużo ale nie pod górę. Ale to był dopiero prolog. Następnego dnia poszliśmy zdobywać Smerek. To było straszne! Żar lał się z nieba, pot ze mnie strumieniami, oddechu brak, nogi jakieś dziwne – tylko siąść i płakać. NIEPRAWDA! To było cudowne! Poczułam góry w sobie. W każdej części mojego ciała, w każdym zakamarku duszy. Smerek dał mi w kość, ale kiedy stanęłam na szczycie i zobaczyłam te cudowności wokół, wszystko przestało się liczyć, byłam tylko ja i Bieszczady. Zeszliśmy do Wetliny przez Przełęcz Orłowicza. Następna wyprawa na Tarnicę od strony Wołosatego. Zmęczona okropnie – cały czas upał do 34o w cieniu – jednak szczęśliwa, odpoczywałam na Tarnicy i chłonęłam te wrażenia z otaczającego mnie świata. Innego świata. Nie umiem wyrazić słowami co czułam wędrując z Tarnicy przez Szeroki Wierch do Ustrzyk Górnych. 
Jak piękny jest widok na Bukowe Berdo. Dachem świata wcale nie muszą byś ośmiotysięczniki. To samo można odczuwać w Bieszczadach. Spokój, cudowny koloryt, przestrzeń niby ograniczona, ale bezkresna. Światło i cień dające niesamowite wrażenia wzrokowe. Krystaliczne powietrze. Poczucie istnienia. Wracając, na szlaku w pobliżu Ustrzyk, natknęliśmy się na wystawę plastyków z Rzeszowa. Nie pamiętam nazwy grupy, pamiętam niesamowitość rozwieszonych prac nawiązujących tematyką do przyrody i opisanych strofami Jerzego Harasymowicza.
            Następny etap to Połoniny. Przepiękne liliowe łąki, soczysta zieleń i surowość skał. I te widoki! Człowiekowi chce się na przemian śmiać i płakać. Śpiewać i tańczyć. Tu czujesz się poganinem i świętym. Pierwotny cudowny stan duszy. Siła, duma, pokora i radość. „Wokół góry, góry i góry  i całe moje życie w górach”. W drodze na Połoninę Wetlińską oglądaliśmy wystawę plastyczną „Sen ptaków”.  Niesamowity pomysł. Rozciągnięte pomiędzy drzewami kilkumetrowe prace z wizerunkami ptaków. Jakże wymowne w tym miejscu.
            Krótki był ten mój pierwszy pobyt w Bieszczadach, ale jakże ogromny miał wpływ na moje życie. Bardzo bym chciała wyjechać w Bieszczady na zawsze. Wiem, że tam mogłabym być naprawdę szczęśliwa. Dziwnie się plotą ludzkie losy. Musiałam przejść wiele dziwnych dróg aby po tylu latach odkryć miejsce, które mogłoby być moim miejscem na ziemi. Dziękuję Jerzemu Harasymowiczowi za wiersz „W górach jest wszystko co kocham”, ponieważ dzięki tym słowom i ja umiem nazwać co czuję. Mam (cichą) nadzieję, że „anioł bieszczadzki musnął mnie swoim skrzydłem”.
I NIECH NIKT NIE WAŻY SIĘ MÓWIĆ, ŻE BIESZCZADY TO NIE GÓRY!
P.S.
            Do dziś zanudzam otoczenie moimi wspomnieniami o Bieszczadach, bo tak naprawdę trudno mi bez nich żyć. Czytam książki np.: Biesy i Czady i co tylko mi wpadnie w ręce, przeglądam strony internetowe i tęsknię.
Ewa P.