Górskie widoki Doliny i potoki Zalew soliński Ciekawe miejsca Fotografie 
 
 

Bikemaraton - Krynica

Całą noc lało, rano słońce i z daleka widoczne deszczowe chmury. Śniadanie hotelowe przy jednym stole z trzema kolarzami z Kielc. Dziwili się, że przed startem jem kanapki z kiełbasą, którą podała kelnerka. Oni przynieśli swoje specjały na taką okazję. Mieli nawet pozakładane testery (zegary do pomiaru tętna). Pojechałem na miejsce startu, gdzie dostałem od organizatora kolarską koszulkę pamiątkową (reguła na każdej imprezie) i kilka innych gadgetów. Przygotowałem się do startu. Przejechałem jeszcze kilka kilometrów na rozgrzewkę i ustawiłem się w miejscu startu gdzie już prawie godzinę przed rozpoczęciem zaczęli zbierać się pierwsi uczestnicy. Przeczytałem w informatorze organizatora, że pierwszy start powinno rozpocząć się z tyłu, nie forsować tempa, szczególnie na pierwszych kilometrach. Tak też zrobiłem. O godzinie 11.00 nastąpił start honorowy. Ruszyło spokojnie kilkuset (podobno ok. 500 zawodników) spod Jaworzyny przez całe miasto. Pilot sukcesywnie rozpędzał samochód i dzięki temu rozciągał stawkę by na wąskie górskie drogi nie wjechali wszyscy razem. Po kilku kilometrach nastąpił start ostry. Mimo wszystko z tyłu było tak ciasno, że trzeba było zejść z roweru prowadzić go pod górę przez błotnistą górską drogę. Potem stawka się rozciągnęła i można było z trudem jechać ponieważ całe opony okleiły się kilkucentymetrową warstwą błota i trawy. Na początku ok. 8 km podjazdu. Pierwsze defekty rowerów rywali. Zaczął się wyścig na dobre. Poziom adrenaliny i ukształtowanie terenu nie pozwalało na spokojną jazdę. Zaczęła się ostra rywalizacja. Teren na trasie niezwykle górzysty i  błotnisty. Nie znałem jeszcze wcześniej takich warunków. Motywowany wyprzedzaniem kolejnych uczestników angażowałem się w wyścig dodatkowo. Na zjazdach trudno było mówić o odpoczynku, ponieważ czułem się niezbyt pewnie i musiałem być mocno skoncentrowany, by nie doszło do kraksy. Zaczęły się pierwsze kryzysy, na półmetku drugi 8 km podjazd. Już miałem trochę dosyć. Na zjeździe przednie koło wtapiało się w błoto i co chwila miałem wrażenie że tylne mnie dogania. Kolejne już krótsze podjazdy i nie widać końca wyścigu. Grudy ziemi spod kół biją po oczach. Już teraz wiem, że okulary nie tylko zabezpieczają oczy przed owadami, ale przede wszystkim przed błotem. Woda i błoto szybko usunęła smar z elementów rowerowych a w szczególności z łańcucha, który przy zmianie przełożenia zawijał się. Dziewczyna jadąca obok poradziła mi, żeby go polać płynem z bidonu. Myślałem, że może żartuje. Spróbowałem jednak i pomogło na chwilę. Zaczął się ostatni podjazd, ścigałem się już końcówką sił. Doganiam kolejnego prowadzącego już rower, mijam a on podpycha mnie mocnym ruchem pod górę. Co za ulga, dziękuję, wrzucam na twardsze przełożenie i jadę już tak do końca góry wyprzedzając dzięki temu jeszcze kilku kolarzy. Za pomoc jestem niezwykle wdzięczny. Piękny gest, myślę że mimo wszystko sportowy. Ostatni zjazd, rozpędzam rower maksymalnie za chwilę doganiam kolejnego kolarza, krzyczę „lewa” (będę go wyprzedzał tą stroną, tak się nauczyłem już na maratonie) a on zjeżdża na lewą i kraksa. Groźne spojrzenie ale za chwilę podanie sobie ręki pomoc w podniesieniu roweru, uśmiech i jedziemy dalej. Na szczęście, oprócz zdartej skóry z nogi nic się nie stało. Ostanie metry to już wbieganie z rowerem pod sromy krótki podjazd na którym była meta. Sama końcówka zmusiła do finiszu, by wygrać jeszcze z dwoma. Zapas sił zerowy ale czułem się bardzo szczęśliwy. I pierwsza myśl, że muszę się przygotować i spróbować na pewno przynajmniej jeszcze raz.

Trafiłem na niezwykle trudne warunki. Wszyscy weterani maratonów twierdzili, że nie startowali na trudniejszej trasie. Ta ocena dała mi jeszcze większą satysfakcję. Posiłek od organizatora, mycie roweru karcherem, zakończenie imprezy i powrót do hotelu. Wspaniała, długo oczekiwana kąpiel. Za godzinę byłem spakowany, wsiadłem do samochodu i z przepięknymi wspomnieniami wróciłem do Warszawy. Pobyt w Bieszczadach ukoronowany startem w Krynicy okazał się przepięknym wypoczynkiem z niezapomnianymi przeżyciami.

 

skorykow@reklamowe.info.

rowerem w Bieszczady

 

Andrzej Skorykow