Górskie widoki Doliny i potoki Zalew soliński Ciekawe miejsca Fotografie 
 
 
Z rowerem w Bieszczady

Po ubiegłorocznym dziewięciodniowym pobycie z rowerem w Pieninach (baza Jaworki k./Szczawnicy) z niecierpliwością czekałem na nowy sezon, by znowu zabrać rower i wyruszyć w góry. W tym roku postanowiłem spędzić dziewięć dni w Bieszczadach, zachęcony przeglądaniem stron internetowych promujących ten region Polski (w szczególności portalu http://www.bieszczadyonline.com/). Zdecydowałem się zatrzymać w miejscowości Zatwarnica w Domu Wypoczynkowym BARR. Uznałem tą miejscowość za najbardziej atrakcyjną, ze względu na jej centralne położenie w powiecie bieszczadzkim, z którego można dotrzeć na rowerze do prawie każdego interesującego mnie zakątka i tego samego dnia wrócić.

Do Zatwarnicy można dojechać autobusem (końcowy przystanek) z Ustrzyk Dolnych, do których dociera kolej. Ja ze względu na wygodę wybrałem się samochodem. 

Dzień pierwszy (25-04-2003)

Wyruszyłem z Warszawy o godz. 6.00 przez Radom, Rzeszów, Sanok dojechałem do Ustrzyk Dolnych gdzie w Centrum Informacji Turystycznej mieszczącej się na rynku mogłem zaopatrzyć się w mapę turystyczną i przewodnik „Najlepsze wycieczki na rowerze górskim – Bieszczady i Pogórze Przemyskie”. Na mapie turystycznej nie były jeszcze zaznaczone szlaki rowerowe, podobno w najbliższej przyszłości będą naniesione. Odwiedziłem również sklep rowerowy by sprawdzić zaopatrzenie w części lub akcesoria potrzebne w przypadku defektów. Ruszyłem do Zatwarnicy. Po drodze mijałem nieliczne domy oferujące noclegi - gołym okiem widać było bardzo małe zaludnienie terenów. Z każdym kolejnym kilometrem wyraźnie oddalałem się od cywilizacji. Zatwarnica okazała się małą osadą z jednym sklepem i brakiem jakiejkolwiek gastronomii. Ośrodek, w którym się zatrzymałem zrobił dobre wrażenie, czysty, miła obsługa, warunki dobre. Okazało się, że tego wieczora jestem jedynym gościem. 

Poinformowano mnie jednak, że od 02-05 wszystkie miejsca są zarezerwowane i będę musiał opuścić pokój. Na początku zrezygnowałem z posiłków oferowanych przez ośrodek (chociaż byłem sam chciano dla mnie gotować). Chciałem zadzwonić z komórki do żony, że dotarłem. Okazało się to niemożliwe z powodu braku zasięgu. Dopiero przejechaniu 14 km z powrotem w kierunku Ustrzyk mogłem się dodzwonić. Ten brak zasięgu to była nawet miła niespodzianka, przecież w W-wie często mam już dosyć telefonów o każdej porze. 

Chwilę odpocząłem przygotowałem sprzęt i wyruszyłem na pierwszą przejażdżkę. Jak zwykle opłaciło się wyjechać tak wcześnie i nie zmarnować popołudnia. Pierwszy dzień, teren górzysty, więc postanowiłem, że będę jechał spokojnie. Wybrałem trasę głównie po asfalcie. Wiem co się dzieje z nogami po kilku dniach w górach, kiedy na co dzień w W-wie jeździ się jak po stole i nawet 10 wjazdów na Agrykolę to nic w porównaniu z dystansem w terenie górskim. Postanowiłem dotrzeć do Ustrzyk Górnych. Jechałem wzdłuż Sanu, w górę rzeki. Miejscowość okazała się dużo mniejsza niż myślałem, ale po raz pierwszy napotkałem na jakąś gastronomię, jednak była zamknięta. Kierowałem się na Brzegi Górne i tu napotkałem pierwszy dłuższy podjazd. W Brzegach skręciłem na miejscowość Dwernik. Droga nie na rower szosowy, ale jednocześnie najbardziej atrakcyjny odcinek tej wycieczki. W Dwerniku zamknąłem pętle i skręciłem do Zatwarnicy. Przez całą trasę 60 km nie wyprzedził mnie żaden samochód. Po drodze minąłem natomiast kilka hodowli koni i dwie strusie. Napotkałem krowy, które pasły się jak owce chodząc w poprzek asfaltowej drogi. Problem stanowiły psy, na szczęście małe, których gospodarze chyba zapomnieli nakarmić, te spotkania zmuszały mnie do zmiany przełożenia i kilkunastu sprintów.

Dzień drugi

Od samego rana pogoda zachęcała do jazdy. Zaplanowałem trasę do Polańczyka i Soliny, w której byłem 8 lat temu. Droga biegłą wzdłuż Sanu do Zalewu Solińskiego. Od mojej miejscowości zaczyna się szlak rowerowy, który w początkowej części nas prowadzi. Już początek okazał się atrakcyjny krajobrazowo. Uroki trasy spowodowały, że nie wjechałem na odpowiednią drogę. Dopiero później jak dotarłem do rezerwatu „Hulskie” im. St. Myczkowskiego”; wiedziałem gdzie się znajduję. Rezerwat przepiękny. Mnóstwo zwierzyny. W rezerwacie znowu pojechałem nie tam gdzie trzeba i dopiero po 37 km(!!!) spotkałem pierwszych ludzi. Byli to pracownicy leśni, którzy wypalali w wielkich kotłach węgiel drzewny. Od nich dowiedziałem się, że trakt prowadzi do Smolnika. Cała dotychczasowa trasa to „hopki” (podjazdy i zjazdy od kilkuset metrów do dwóch km. Ze Smolnika pozostało 15 km jazdy szosą po asfalcie. Po drodze jeszcze zatrzymałem się przy sklepie. Litr płynów, który dzisiaj zabrałem okazał się zbyt małym zapasem. Wtedy uświadomiłem sobie, że taka jazda w pojedynkę, bez zasięgu telefonicznego, szlakami bez turystów i mieszkańców może być niebezpieczna. Postanowiłem, że od jutra zabieram ze sobą więcej picia, dodatkowo energetyczne jedzenie, coś ciepłego do ubrania i dwie dętki zapasowe.  Zestaw kluczy który posiadam jest skromny i na to już nic nie poradzę, tym bardziej, że i tak mam problemy z jakąkolwiek samodzielną naprawą. Kiedy dotarłem do pokoju licznik pokazywał 70 km. Doceniłem uroki Bieszczad, trasa była wyjątkowa - niezwykła roślinność w rezerwacie: kilka bardzo atrakcyjnych punktów widokowych.

Dzień trzeci.

O godz. 5:30 wiatr trzęsący szybami nie dał już spać. Nogi a nawet plecy mocno zmęczone. Postanowiłem pojechać samochodem do Ustrzyk Dolnych po zakupy, zatankować i popływać na basenie dla relaksu. W drodze dwie kontrole straży granicznej. Przynajmniej mogłem z kimś zamienić kilka zdań. Basen piękny i nowoczesny, przepłynąłem spokojnie 1 km i poszedłem do kawiarni na pierwszą po przyjeździe prawdziwą kawę. W obiekcie znajduje się wiele atrakcji m.in. klub internetowy. Skorzystałem z łącza by przesłać chłopakom z „Forum Rowerowego” kilka zdań relacji z pobytu. Po powrocie zaczęło padać. Myślałem, że godzinna drzemka odmieni pogodę, ale niestety. Mimo wszystko postanowiłem dobrze się ubrać i przejechać przynajmniej krótki odcinek. Planowałem rundę przez Brzegi Górne (tym razem trasą przez góry) i Wietlinę. Następnie szlakiem turystycznym z powrotem do Zatwarnicy. Warunki pogodowe spowodowały, że nawet jazda z góry wymagała niezłego wysiłku, ponieważ koła zatrzymywały się w rozmiękłej glebie. Przed Brzegiem wyjechałem na asfalt i tak już do Wietliny. Tam pogoda jeszcze bardziej się popsuła. Lało i nie widać było nadziei na poprawę. Miałem obawy, czy poradzę sobie z rowerem przez góry szlakiem turystycznym. Jak by nie było, byłem w kolarskich butach z blokami, pogoda fatalna, a chmury zasłaniają szczyty uniemożliwiając widoczność. Już przecież kilka lat temu wciągali mnie przypadkowi turyści linami na Kasprowy, bo wybrałem się na bieganie bez raków i w nieodpowiednim ubiorze. Postanowiłem wracać tą samą trasą. Wiedziałem, że dystans dzisiaj będzie krótszy, byłem zmarznięty, więc postanowiłem pościgać się przynajmniej z samym sobą. Po drodze wyprzedziłem samochód, który widocznie bał się o zawieszenie na drodze, na której zostało już tylko jakieś 30% asfaltu. W drodze powrotnej dałem sobie w kość. Umyłem rower w Sanie ponieważ był w takim stanie, że chyba nie wpuszczono by mnie z nim do ośrodka. Kiedy dojechałem na miejsce na liczniku było 45 km. Największą atrakcją dzisiejszej jazdy nie było oczywiście to, że przemokłem do ostatniej nitki, tylko niesamowite dwukrotne spotkanie z jaszczczórką salamandrą.  Dopiero po tylu latach dowiedziałem się, że w Polsce żyją takie piękne okazy. Duże, całe czarne jak węgiel z żółtymi kropami jak ziarna grochu na całej skórze. Przez ten deszcz nie zabrałem aparatu i nie mogłem ich sfotografować. Do saren i jeleni już się przyzwyczaiłem i już trzeciego dnia nie robiły na mnie takiego wrażenia. Mam tylko nadzieję, że w następnych dniach nie będzie mi dane spotkać niedźwiedzia. Chociaż miejscowi mówią, że w rejonach po których jeżdżę, jest to bardzo prawdopodobne.

Dzień czwarty.

Rano jeszcze padało, ale słońce już przebijało się przez chmury. Po śniadaniu przesmarowałem rower i wyruszyłem do Ustrzyk Dolnych dowiedzieć się w Informacji turystycznej czy znaleziono dla mnie wolne miejsca od drugiego maja. W tamtą stronę pojechałem przez góry, szlakiem dla rowerów. Było grząsko. Na zjeździe do miejscowości Polana tak trzęsło, że nie zauważyłem, kiedy wypadł mi z koszyka bidon - pierwsza strata. Polana to urocza miejscowość. Spodobała mi się jako miejsce ewentualnego pobytu. W Ustrzykach okazało się, że mam już 45 km na liczniku i postanowiłem wrócić łatwiejszą lecz nie krótszą trasą po asfalcie Przez Lutowiska. Po 90 km jazdy czwartego dnia byłem już bardzo zmęczony. Po drodze trzykrotnie złapał mnie przelotny deszcz i nie było to przyjemne.

Dwa km przed ośrodkiem pod sklepem spotkałem miejscowych, z którymi po każdej jeździe wypijam piwko. Tym razem wprowadziłem dwa, ponieważ zakwaszenie mięśni było wyjątkowo duże i jedno tym razem w niczym by nie pomogło. Oni musieli być jeszcze bardziej zmęczeni ponieważ nie wiedzieli nawet, które dzisiaj piją. Jeden z nich to jakiś miejscowy artysta. Zapraszał mnie do siebie, by wręczyć mi swoją rzeźbę. Inni odradzali i straszyli, że będzie mnie to kosztowało przynajmniej rower. Umówiliśmy się na następny dzień i tym sposobem mogłem się wyrwać do ośrodka na zasłużony odpoczynek.

Dzień piąty

Rano świeciło piękne słońce i było ciepło. Mocno wiało, ale nic nie zapowiadało, żeby pogoda się popsuła. Ubrałem się na krótko i wyruszyłem dość wcześnie. Wybrałem trasę do Soliny. Po drodze piękne krajobrazy. Szczególnie po wyjechaniu na asfalt drogą wzdłuż linii brzegowej zalewu. Szybko mijałem kolejne miejscowości. Przejechałem bez entuzjazmu przez reklamowany Polańczyk i zaraz dotarłem do Soliny. Tu zapachniało kurortem. Po raz pierwszy zobaczyłem w tych rejonach tzw. deptak, na którym zjadłem pyszną rybkę. Wszyscy szykowali lokale na jutrzejszy przyjazd turystów na długi weekend majowy. Jak w kurorcie już dzisiaj docierali tam motocykliści. Po ich wyglądzie i zachowaniu widać było, że powinni się tam pokazywać jeżeli chcą się liczyć w branży. Poza nimi było sporo  dzieci chyba na „zielonej szkole”, które chciały w pobliskich straganach zostawić wszystkie oszczędności, jakie dostały od rodziców. Odniosłem wrażenie, że musi to być dla nich największa atrakcja pobytu.

Mnie przyjemność sprawiło zjedzenie pysznej rybki i dobre piwo kuflowe. Zrobiłem kilka zdjęć z zapory i po ponad godzinnej przerwie w jeździe ruszyłem w drogę powrotną. Po drodze spotkałem pierwszy raz podczas pobytu osoby na rowerach górskich z zacięciem sportowym. Zrobiliśmy wspólny dwukilometrowy podjazd. Chłopcy najwyraźniej chcieli mnie sprawdzić, przerzutki chodziły, aby dobrać najlepsze przełożenie. Ja już miałem 75 km i wytrzymywałem tylko swoją godnością osobistą. Przed szczytem chyba mieliśmy dosyć, zaczęliśmy rozmawiać. Oni również przyjechali z Warszawy. Od świąt przygotowują się w Bieszczadach do maratonu rowerowego, który 3 maja odbędzie się w Krynicy. Namawiali mnie do wzięcia udziału. Ponieważ rezerwacja noclegu kończyła się drugiego, więc pomyślałem, czemu nie. Na koniec zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie. Było to dla mnie miłe spotkanie i gdybym wiedział wcześniej starałbym się jeździć razem z nimi. Do domu zostało mi jeszcze 15 km. Końcówka była ciężka. Na jednym ze zjazdów mocno rozpędzony wjechałem w zakręt, za którym nic nie było widać i tu niespodzianka. Jakieś wielkie długowłose „krowy” i byki o brązowym umaszczeniu stoją na mojej drodze. Ledwo wyhamowałem. Dopiero wtedy zorientowałem się, że to są żubry. Jak zobaczyły mnie przerażonego, też się chyba trochę wystraszyły i ruszył w dół niezbyt szybkim tempem. Zatrzymały się po kilkudziesięciu metrach i bacznie mnie obserwowały. Wówczas zorientowałem się, że mam aparat i mogę im zrobić zdjęcie. Zdążyłem zrobić pierwsze, do drugiego już nie chciały pozować i uchwyciłem je jak zaczęły uciekać dalej. Dojechałem do domu. Na liczniku znowu 90 km.

Dzień szósty

Piękna pogoda. Już o 10.00 temperatura 20 stopni. Żadnej chmurki na niebie, tylko silny wiatr. Czuję duże zmęczenie. Jednak warunki pogodowe nie pozwalają zostać na miejscu. Postanowiłem pojechać spokojniej i krócej, w stronę Cisnej a później na Sine Wiry. Tam jeszcze nie byłem. Po pierwszym kilku kilometrowym podjeździe już jest dobrze. Mięśnie rozgrzane nie dokuczają. Z Wetliny przez Smerek trasa piękna. Podjazd do Sinych Wirów jak z pism turystycznym o austriackich Alpach na wiosnę i jakie widoki z góry! Po drodze spotkałem grupę naprawdę dorosłych panów z Rzeszowa. Sportowe rowery i stroje. Niestety jechali w przeciwnym kierunku. Kawałek jechałem wspólne z parą studentów z WATu było sympatycznie ale niestety musieli za chwilę wracać do Cisnej. Po drodze spotkałem jeszcze kilka osób jadących turystycznie. Widać, że weekend majowy już się zaczął. Dotarłem do ośrodka ze stanem licznika równe 60 km. Do wieczora zostało dużo czasu,  postanowiłem więc w rzece umyć rower. Wypucowałem go dokładnie. Wygląda jak nowy, miło teraz popatrzeć. W Zatwarnicy wszyscy szykują się do jutrzejszego festynu. Ja już wiem, że następnego dnia pojadę spokojnie i jeszcze krócej, może 40 km po asfalcie. Nogi muszą odpocząć. Chyba trochę przesadziłem w poprzednich dniach, nie tyle z dystansem, co z tempem jazdy.

Dzień siódmy

Tak jak zaplanowałem, króciutka runda przy granicy ukraińskiej w okolicach Mucznego. Wyszło 40 km. 1/3 trasy po drogach gruntowych. Wróciłem w południe i po kąpieli wybrałem się tym razem na wycieczkę objazdową samochodem. Utwierdziłem się, że najciekawszy odcinek zaczyna się od Ustrzyk Górnych a kończy na Cisnej. Równie interesujący krajobrazowo region to Solina. Wieczorem wstąpiłem na festyn, miejscowi znajomi bardzo się ucieszyli, że mnie spotkali. W trakcie rozmów mogłem dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy na temat ich historii, obyczajów itp. .....

Dzień ósmy.

To był ostatni mój nocleg w Zatwarnicy. Więc spakowałem się szybko rano i wyruszyłem do Krynicy. Pierwszy raz jechałem trasą od Sanoka przez Krosno, Gorlice, Jasło i bardzo mi się podobało, najbardziej Krosno, do którego chętnie się kiedyś wybiorę. W Krynicy wcześniej nie byłem. Zakopane to wioska w porównaniu do Krynicy. Czułem się jak bym wrócił do Warszawy. W biurze informacji szybko przydzielili mi pokój. Odpocząłem i pojechałem do organizatora zawodów. Już po drodze widziałem mnóstwo kolarzy wyglądających na profesjonalistów, a miała być to również impreza dla amatorów. Zobaczymy jutro. Dokonałem zgłoszenia, dostałem nr i kazano mi się zgłosić następnego dnia na start. Pojechałem jeszcze zobaczyć Muszynę, w której byłem 29 lat temu. Na liczniku pod hotelem było 30 km.

Dzień dziewiąty

P.S.

W całej relacji celowo nie opisywałem dokładnie trasy, którą jechałem. Takie opisy zazwyczaj wydają mi się nudne. Każdy, kto zechce wybrać się w Bieszczady, powinien przede wszystkim zaopatrzyć się w mapę i zaplanować własną trasę. Jeżeli niektóre z opisów będą dla was przydatne to będę bardzo szczęśliwy. Jeżeli macie jakieś uwagi to proszę napiszcie skorykow@reklamowe.info.

Jeszcze chciałbym podzielić się z wami doświadczeniami co do wyposażenia rowerzysty. Nigdy wcześniej nie jeździłem z plecakiem. Tym razem postanowiłem podróżować z niezbędnym ekwipunkiem, który może się przydać podczas jazdy. Znajomy z forum rowerowego o pseudonimie BZP podpowiedział mi, że najlepszy wybór będzie na ul. Zamiany oczywiście w W-wie. Miał rację, dokonałem zakupu plecaka modelu Air Strike 15 firmy Scott, z którego jestem niezwykle zadowolony. Jego największą zaletą jest to, że nie przylega całą swoją powierzchnią do pleców rowerzysty. Specjalnie wyprofilowany z dodatkową siateczką, która opiera się na plecach i świetnie wentyluje. Paski główne również są ze specjalnej siatki. Ma dodatkowo wygodny ochraniacz przeciwdeszczowy, który w bardzo prosty sposób można zakładać i zdejmować. Suwaki są wodoszczelne. O funkcjonalności kieszeni nie będę już się rozpisywał. Oczywiście ma miejsce na przypięcie kasku rowerowego.

 

Andrzej Skorykow

BIKEMARATON do Krynicy